Lato w pełni, młodym doskwiera upał i sesja, czerwcowe dni płyną deszczem  i błyskawicą.  W tej ciężkiej atmosferze znalazłam jedno miejsce na mapie Warszawy, które przywitało mnie ożywczym chłodem. Wypieki Kultury na warszawskiej Pradze to miejsce, które przeniosło mnie w czasie. O jakieś 85 lat wstecz.

Miałam okazję obejrzeć spektakl teatru Krzesiwo pt. „40 cztery”, który podejmuje temat m.in. powstania warszawskiego, by pamięć o tym wydarzeniu była wciąż żywa. Przy bezrefleksyjnym odbiorze wydaje się, że to właściwie taka krótka, szkolna lekcja historii, „Sensacje XX wieku” bez Wołoszańskiego, za to z amatorami w rolach głównych. Przy bliższym przyjrzeniu się całej sprawie, można dopiero dostrzec drugie, trzecie dno przedstawienia.

Ostatnio w mediach rozgorzała ostra dyskusja wywołana przez serial produkcji niemieckiej stacji telewizyjnej – „Nasze matki, nasi ojcowie”. Środowiska polskie się oburzają na przekłamywanie prawdy historycznej, niszczenie naszych narodowych legend i martyrologii. Myślę jednak, że to może dobry punkt wyjścia do dyskusji o tym, że przecież II wojna światowa to nie były szachy: z czarnymi i białymi pionkami. Nie można jednoznacznie stwierdzić, że Polacy zawsze byli dobrzy, szlachetni w swym uciemiężeniu, a Niemcy krwiożerczymi bestiami, maszynami do zabijania. Również spektakl Ryszarda Polaszka zwrócił moją uwagę na jedną ważną kwestię, która gdzieś tam kołatała mi się z tyłu głowy, ale nigdy tak do końca jej sobie nie uświadamiałam: że w wojnie po przeciwnych stronach barykad stawali przyjaciele.

TEATR_plakat

W spektaklu „40 cztery” ten temat ukazany jest w dosłowny, trochę uproszczony sposób. Kamil i Martin – Polak i Niemiec – serdeczni koledzy, humaniści, cytujący Mickiewicza i Heinego, opowiadający sobie dowcipy o przywarach narodowych. Bo w ich przekonaniu narodowość nie jest kwestią, która w jakikolwiek sposób miałaby determinować ich uczucia, światopogląd. Dumni są ze swojego dziedzictwa, ale nie umniejszają cudzego dorobku. Szkoda, że te piękne ideały nie wytrzymały w zderzeniu z gwałtowną, nie do końca zrozumiałą rzeczywistością, jaka zaskoczyła ich w latach 30. XX wieku. Jednego uwiodła wizja socjalizmu narodowego i marzenie o wielkich Niemcach, a drugi stanął w obronie własnej ojczyzny, natchniony gorącym duchem powstańczym. Żołnierski but podeptał przyjaźń. I jak się podnieść po TEJ traumie?

„40 cztery” to nie tylko lekcja dla nas, widzów. To także element terapii dla aktorów – podopiecznych Ośrodka Szkolno–Wychowawczego dla Dzieci Słabowidzących im. dr Zofii Galewskiej w Warszawie. Gdyby komuś przeszkadzało to, że scenografia w tym spektaklu praktycznie nie istniała, powinien na chwilę zamknąć oczy i po prostu posłuchać, poczuć ekspresję, jaką dawali z siebie aktorzy na scenie. Bo właśnie ta dynamika, nieustanny ruch, harmider, jaki wywoływali – to były ich rekwizyty.

Reżyser, Ryszard Polaszek, podkreśla także kreacyjną i ekspresyjną rolę muzyki. W moim odczuciu melodia praktycznie znikła, została stłumiona przez to, co działo się na scenie. Aktorzy całkowicie pochłonęli moją uwagę, co być może zubożyło mój odbiór sztuki jako całości, bo przez chwilę poczułam się przez nich nieco przytłoczona. Można dyskutować oczywiście o poziomie artystycznym widowiska, ale wydaje mi się, że nie tylko o to tutaj chodzi.

Bardzo ciekawa jest rola terapeutyczna, jaką może spełniać sztuka sceniczna. Osoby, które mają poważne ograniczenia w odbiorze bodźców, sami te bodźce kreują, przez co sami komponują otaczającą ich rzeczywistość. Pokonują w ten sposób różnego rodzaju bariery – psychiczne i fizyczne, otwierają się na świat i na życie.

To niesamowite, jakim wachlarzem emocji i zdarzeń dysponuje teatr. Wciąż się uczę  przekonuję o tym, że jest to medium obosieczne – bardzo mocno dotyka zarówno widza, jak i twórców, i w każdym z nich zostawia inne ślady.

A co z Ciebie wykrzesze Krzesiwo? Warto się przekonać!

Monika Pietryga