Wszyscy pragniemy miłości. Może nie takiej na miarę Szekspira, z truciznami i tragicznym zakończeniem, bo kto na dobrą sprawę chcę oglądać swojego kochanka wydalającego ku przestworzom swój ostatni oddech. Kochanka, oddającego swoje ciało postępowaniu kadaweryny. Marzymy o tym, aby dzielić swoje smutki i radości z kimś, kto będzie służył swoim ramieniem jako przyjaciel, wyciągał w naszym kierunku chusteczkę kiedy uronimy łzę po mało udanej rozmowie rekrutacyjnej.

Pragniemy, aby partner odczytywał nasze potrzeby niczym z otwartej księgi, nosił zawsze czystą i nienaganną bieliznę. Wspaniale, kiedy nie zaniedbuje naszych potrzeb w łóżku, ochoczo wyraża entuzjazm na propozycję seksu, nawet po trzynastu godzinach pracy. Wymagamy, aby z aprobatą wypowiadał się na temat  Radiohead, skoro zdążyliśmy już oznajmić wszystkim wokół, jak cudowne chwile przeżyliśmy razem na koncercie brytyjskiej grupy rockowej.

Z euforią przeistaczającą kokony buzujących hormonów w motyle wszechogarniającej  radości, wspominamy miodowy miesiąc intensywnego randkowania.  Różowe okulary fascynacji zniekształcały nasz gust i percepcję. W Multikinie wydawało nam się, że „Love Actually” to najbardziej wzruszający film na świecie, a my trzymamy za rękę Ryana Goslinga lub Milę Kunis.  Nasza admiracja wobec nowego obiektu miłości urastała do rangi nabożeństwa. Całe zachłyśnięcie zestawem zajebistych cech partnera ma miejsce po to, aby po kilku miesiącach ocierać łzy, taplając się w gorzkim rozczarowaniu i poczuciu bycia oszukanym. Stajemy się czymś w rodzaju ofiar przekazu podprogowego, tylko po to, aby za chwilę dostać zimnym obuchem w łeb.

Wierzę w miłość z pakietem wszystkich najcenniejszych wartości

Począwszy od przyjaźni a zakończywszy na spełnionym i szczęśliwym małżeństwie. Bez niepotrzebnego koła rozstań i powrotów, bez raniących głęboko nasze serca zdrad. Bez katapultowania na planetę rutyny. W którym momencie pojawia się problem? Co powoduje otwarcie się puszki Pandory na naszą świeżo upieczoną, wydawałoby się, dobrze rokującą relację?

Nasze błędy

Podstawowym błędem, prowadzącym nas na dno fraternizacji jest wysyłanie na randkę naszego ”przedstawiciela”. Jest to fałszywy, wyimaginowany stworek, kryjący się pod ubraniem naszego ciała. Przedstawiciel jest mistrzem udawania kogoś, kim w rzeczywistości nie jest, nie był i nigdy nie będzie. To kompilacja cech, które naszym zdaniem okażą się być najbardziej atrakcyjnymi dla naszego potencjalnego partnera. Cech, które idealnie uplasują na pozycji „wymarzony partner”. Nie zdajemy sobie często sprawy z faktu, jaką krzywdę wyrządzamy wtedy sobie i osobie, której wciskamy ściemę na swój temat.  Żyjemy w czasach, w których dźwigamy bagaż wielu lat bólu i kłamstw, dlatego tak ciężko jest nam być sobą. Po kilku miesiącach obcowania ze sobą, partner dowiaduje się że przeklinanie jest nieodłącznym elementem naszej osobowości, podobnie jak porozrzucane po pokoju brudne skarpetki. Okazuje się, że nasz popisowy makowiec był autorstwem naszej przyjaciółki, że nigdy nie byliśmy na koncercie Ten Typ Mesa, a o rapie wiemy tyle co nasi dziadkowie. Opowiadamy o tym, jacy to byliśmy cnotliwi w ciągu ostatnich trzech lat, po to aby po jakimś czasie nasza druga połowa wyrzygała nam prosto w twarz, że dowiedziała się jednorazowej przygodzie z przyjacielem dzielącym z nami pokój w akademiku.

Bądźmy sobą mimo wszystko

Dajmy odpocząć naszemu przedstawicielowi. Niech na kolejną randkę pójdzie nasze prawdziwe „Ja”. Niech tamta osoba doskonale bawi się w towarzystwie ciekawego człowieka z krwi i kości, któremu nie są obce wpadki, który potrafi przyznać się do błędów przed samym sobą. Jeżeli okaże się, że taka osobowość nie odpowiada naszemu kandydatowi, to przynajmniej będziemy mieli pewność że w dalszym, wspólnym życiu również skazani bylibyśmy na rozłąkę. Bycie sobą, to prawdziwa i nieoceniona radość.  To najlepsze, co możemy dać zarówno sobie jak i drugiemu człowiekowi.  Szukajmy ludzi podobnych do nas samych. Zasada przyciągania się przeciwieństw ma rację bytu tylko w horoskopach  tabloidalnej prasy. Cieszmy się swoją indywidualnością, pielęgnujmy ją jak najrzadszego kwiatu. Pamiętajmy, że to nasza jedyna i prawdziwa oryginalność.

 

Karolina Bachorowicz